Ultraswimrun – czyli daleko poza horyzont

Ultraswimrun – cyfry które robią wrażenie

265 km w 57 godzin i nieznaczna liczba przewyższeń zapewne nie robi na wielu ultrasach większego wrażenia. Jednak jeśli 65 km z tego dystansu pokonamy wpław, w otwartym, zimnym Bałtyku – wtedy wyczyn ten zaczyna być prawdziwym Wow!

Mowa o wyzwaniu jakim jest Stockholm Archipelago Ultraswimrun Challenge – w skrócie SAUC. Generalnie mówiąc dużo biegania, pływania, biegania, znów pływania i tak w kółko. Z wyspy na wyspę. Cały Archipelag ma ich ponad 24 tysiące, więc nie sposób postawić nogę na każdej, ale tycząc linię w miarę prostą, wychodzi tych wysepek ok 90.

Tak właśnie dwa lata temu narodził się najdłuższy swimrun świata, który do tej pory doczekał się tylko jednego finishera! Zresztą nie powinno to nikogo dziwić. Zabawa ta, to prawdziwa próba charakteru, wytrzymałości i umiejętności. No i nie ma co ukrywać olbrzymiej dawki fantazji.

Kto tego dokonał? Wiadomo, że nie mógł to być jakiś super sportowiec, bo super sportowcy ścigają się o super trofea i super kasę. Tu stawką była realizacja, wydawałoby się nierealnego marzenia z dzieciństwa – przepłynięcia całego Archipelagu Sztokholmskiego. Co prawda za dzieciaka Niklas Karlson, bo o jego marzeniu mowa, zakładał, że będzie to rejs jachtem ale po pierwszych startach w nowej szwedzkiej zabawie, jaką jest swimrun, stwierdził, że pójdzie na całość i zrobi to właśnie biegiem i wpław.

foto by Niklas Karllson

Raz lądem, raz wodą

W swimrunie nie ma wystandaryzowanych odcinków, ani biegowych, ani pływackich. Dlatego niektóre odcinki w wodzie były zaledwie 10 metrowymi przesmykami, inne natomiast ponad 14 km przeprawami morskimi. Podobnie lądem – czasem wysepka to raptem wielki 10 m. głaz, innym razem wybiega się na ponad 20 km trasę lasem, polami, z rzadka jakąś utwardzaną drogą. Generalnie w swimrunie trasę dyktuje natura i w przypadku tak wielkiego przedsięwzięcia również, a może nawet przede wszystkim pogoda. A w szczególności wiatry i prądy morskie, które ekipa Niklasa non stop analizowała, by nie popadł w większe tarapaty. Do tego dołożyć trzeba było rolę skipera, jako chodzącą tabelę rozkładów jazdy wielkich promów, pływających w tę i nazad po archipelagu. Zebrania odpowiednich zapasów jedzenia i wodny pitnej. Całego obozowego szpeju. Kilku rodzajów pianek na wodę zimną i zimniejszą i można zaczynać zabawę.

Zabawę która Karlsonowi zajęła 57 godzin, rozbitych na 6 dni! Każdego dnia w planie miał pokonać przynajmniej 45 km. Urobić swój kawałek Archipelagu. Czasem zajmowało to ok 7-8 godzin. Innym razem ponad 12. Założenie było takie. Jak już wejdzie do wody, to musi dopłynąć samodzielnie na suchy ląd, by sam sobie zaliczyć zadanie. Oczywiście w trakcie całej wyprawy towarzyszyła mu łódź asekuracyjna z nawigatorem, który podejmował decyzję za Nicka, czy płynie i uda mu się przesmyk przepłynąć przed wielkim statkiem towarowym, czy czeka godzinkę w zimnej wodzie, która w trakcie próby miała od 12 do 15 stopni lub by nie czekać i marznąć, kieruje go na inną niż zakładana wysepka. Tylko po to, by samodzielnie wyjść na brzeg.

foto by #SAUC

Złośliwość Neptuna

Pływanie w sztormowym Bałtyku nie należy do przyjemności. No chyba, że ktoś akurat ma taki fetysz. Wiatr 15 m/s to już spore szkwałowe fale, które potrafią zatrzymać pływaka w miejscu. Nie raz podczas wyzwania, dochodziło do absurdalnych sytuacji dla osób, które nie są obyte z otwartymi akwenami, kiedy to płynący mimo, że płynął w stronę lądu, tak na prawdę odsuwał się od niego!

Co można zrobić w takiej sytuacji? Płynąć dalej, mocniej i szybciej! Oczywiście łatwo mówić to z pozycji kanapy, w praktyce po czwartej godzinie wiosłowania, jest to już dużo trudniejsze. Jednak chcieć to móc, a Niklas chciał bardzo zrealizować narzucone sobie zadanie. Zatem gdy ląd oddalał mu się sprzed oczu, zamiast przybliżać, zaczynał płynąć szybciej. Zwiększał kadencję i walczył z żywiołem, aż do skutku. To zresztą jedna z najpiękniejszych idei swimrunu – mocować się z naturą.

Najtrudniejszy był ostatni dzień, gdy o jednym bananie, bo źle wyliczyli zapasy, Niklas pokonał 42 km odcinek, w tym szeroką na 14 km wodną przeprawę – Danizger Gatt. Taki odcinek w wodzie to już prawdziwy kawał drogi. Nie wiesz na co się kierować, a jak już pojawi się punkt orientacyjny, za cholerę nie chce się zbliżyć do ciebie. Wtedy pozostaje jedno – patrzeć w ciemną toń Bałtyku i nie myśleć, tylko być tu i teraz – płynąć.

na mapie zaznaczona trasa Mistrzostw Świata w Swimrunie i na czerwono dwa punkty startu i mety SAUC

A w głowie tylko jedna myśl

Co może kołatać się po głowie komuś, kto dokona takiego wyczynu, realizując swoje marzenie przy okazji? To zastanawiało mnie od momentu, gdy w internecie znalazłem zdjęcie gościa stojącego przy latarnii, patrzącego głęboko w morze. Facet unosi ręce w geście zwycięstwa. W jednej w nich butelka szampana, czyli sukces. To zdjęcie aż pachnie przygodą. Lubię do niego wracać planując swoje większe lub mniejsze wyzwania i zawsze zastanawiam się, o czym ten gość w tym momencie myślał! Tak więc przy pierwszej okazji, gdy go poznałem nie mogłem nie zadać mu tego pytania. Odpowiedź była powalająco szczera!

Moim celem było pokonanie całego 265 km dystansu od Latarni Arholma aż do Latarni Landsort. W jak najprostszej linii. Jak zapytasz jakiegoś szwedzkiego żeglarza, czy da się to zrobić lądem i wpław – wybuchnie śmiechem. Tu bowiem nie ma dróg. Jest dziko. Na lądzie są ścieżki wydeptane przez zwięrzęta, w gęstych nisko wyrośniętych krzakach, tryliardy niewyżytych much i komarów. Tam gdzie ich nie ma, są natomiast różnej wielkości usypane głazy, które raz nikną pod wodą, by za chwilę się z niej wynurzyć. W samej wodzie natomiast czekają silne prądy morskie, a temperatura wody zależy od kierunku wiatru. Zazwyczaj jest jednak zimno. Swimrun daje mi możliwość dotarcia do takich miejsc, do których nie dotrę tylko biegnąc lub tylko płynąc. Pomyślałem kiedyś, że głupio byłoby z tej opcji nie skorzystać. Stąd zrodził się pomysł na SAUC. Co myślałem po tej długiej mordędze, gdy stojąc koło Latarni Landsort patrzyłem w kierunku trasy jaką pokonałem? Wstyd się przyznać, nie były to jakieś głębokie przemyślenia. Tych miałem mnóstwo po drodze. A stojąc na lądzie z butelką szampana pomyślałem sobie tylko tyle: „Fucking Epic! Zrealizowałem swoje największe marzenie i nikt mi już tego nie odbierze! Byłem pierwszy!”

 Kolejny raz wychodzi na to, że chyba warto mieć marzenia.

autor: Jędrzej Maćkowski Tekst „Ultra Swimrun” po raz pierwszy ukazał się w sierpniu w dwumiesięczniku ULTRA w 2018 r. Jeśli nie masz ich zalajkowanych na FB, to pora to nadrobić – warto! A o całej przygodzie dzień po dniu przeczytać możecie tutaj 

LEAVE A COMMENT