swimrun, biegi długodystansowe, pływanie open water, swimrun Wióry w Górach Świętokrzyskich
Loading

Rockman Swimrun 2017 – jeden bez drugiego nie znaczy nic!

15 lipca zespół Goswimrun.pl Team w składzie Jędrzej Maćkowski i Marek Szymczak wystartowali w słynnym norweskim Rockmanie. 6 km wpław w zimnych wodach okalających Świetlisty Fiord oraz 35 km w tym 2500 m przewyższenia po stromych skałach. Ciężko nazwać to biegiem. Bardziej przypomina to wyścig kozic. Startują jednak ludzie. I jak się okazuje całkiem wrażliwi 😉 Nasz zespół skończył zawody na 26 pozycji w klasyfikacji generalnej na 74 zespoły. Warto dodać, że był to ostatni team, który zmieścił się w limicie, by wbiec na nie zdobyty od 4 lat, owiany złą sławą odcinek nazywany „Dragons Neck”

Tu znajdziecie relację z tego wyścigu Jędrka – kojarzonego również jako „od Grubasa do Ultrasa”

Niżej przedstawiamy kilka słów, które napisał na naszą prośbę po wyścigu Marek…

 

polish swimrun team, rockman

foto: goswimrun.pl

Dziesięć godzin i trzydzieści kilka minut napierania, potrzebowałem żeby „dotknąć” Rockman’a. Poczułem to dwieście, może trzysta metrów przed metą na prostym lekkim zbiegu. Nie „dotknąłem” Rockman’a na mecie, gdzie schodzi z głowy wszystko, a przy Tobie są bliscy, nie podczas podejść, gdzie pot spływał strugami, zostawiając słone szorstkie zacieki. Nie podczas podejść, gdzie widoki zapierały dech w piersiach. Nie zbliżyłem się nawet do owego „dotknięcia” w krystalicznych górskich jeziorach, gdzie traciłem czucie nie tylko w zmrożonych do szpiku palcach ale całych dłoniach. Nie we wzburzonym fiordzie, gdzie przez kilkadziesiąt minut wpatrujesz się w czerń kilkusetmetrowej głębi, zastanawiając się jakie stwory się tam kryją, a prądy i fale rzucają tobą niczym piórkiem… Tylko „dotknąłem” go właśnie na wspomnianej zwykłej szutrowej drodze, gdzie dobiegały już do mnie odgłosy mety, ale o tym później…

rockman climb

foto: Escobed Heart for Rockman Swimrun

Odkąd Jędrek „zwątpił”, a hol naprężał się coraz częściej w głowie jak mantra zataczała koła jedna myśl – jestem dziś takim koniem, że choćby „skały srały”, to zaciągnę te osiemdziesiąt kilka kilogramów „Grubego” na cholerny wymarzony przez niego Dragon’s Neck. Meta w limicie była dla mnie oczywista, ale po tym co powiedziano na odprawie, pełna smocza trasa stała się wyzwaniem. Szacowano, że zdobędzie go maksymalnie 10 teamów! Tymczasem od Pulpit Rock’a wyprzedzały nas kolejne team’y, a Jędrek w samotności walczył ze swoimi słabościami. Wierzyłem, że wcześniej czy później się podniesie. „Oby jak najszybciej” mówiłem do siebie. Potrzebował długiego resetu. Mocy dodały uściski i całusy naszych dziewczyn, które wypatrzyły nas w połowie trasy ostro nam kibicując. Wiedziałem, że aby zmieścić się w limicie kluczowa będzie przeprawa w poprzek fiordu. Liczyłem, że zimna woda zadziała na „Grubego” kojąco, a jeśli nie wyjdzie z wody jak „nowy”, to Dragon będzie dziś poza naszym zasięgiem.

foto: Escobed Heart for Rockman Swimrun

Przepłynęliśmy te niespełna dwa kilometry w czterdzieści minut. Jędrek nawet chciał prowadzić i wysunął się na chwilę przede mnie, ale go opłynąłem, mój plan był ważniejszy – on miał się zresetować. Swoje zadanie na tym odcinku zresztą już wykonał – perfekcyjnie określił abstrakcyjny dla mnie azymut, a ja mu zaufałem. Sam popłynąłbym zupełnie inaczej nie uwzględniając prądów i pewnie takiego ekspresowego czasu byśmy nie wykręcili (7 czas open przeprawy!). Po wyjściu na brzeg, gdzie wycieniowani „prosi” telepali się pod kocami przy gorącej herbacie Jędrek chwycił tylko coś na punkcie odżywczym i dał w długą, szarpiąc mnie na holu przez kilkadziesiąt metrów. „Jest dobrze!” pomyślałem (6 czas open dobiegu do schodów!). Na schodach musi być jeszcze lepiej. I było! Spuszczona głowa, ale schodek za schodkiem, noga za nogą, bez żadnego zatrzymania, wyprzedzając kolejne teamy, które doceniały nasze tempo brawami i dopingiem. Daliśmy radę (10 czas open na schodach!). Nie odpuściliśmy!

foto: goswimrun.pl

Dzidowaliśmy do końca w wodzie i na skałach. Opłaciło się, bo na punkt kontrolny wpuszczający „wybrańców” na smoczą trasę, wpadliśmy w ostatnich sekundach. Na solidnym podejściu czułem, że mocy mam jeszcze sporo, widziałem Jędrka szczęśliwego niczym dziecko, że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Pomyślałem wtedy „No to masz ten swój cholerny Dragon’s Neck! Szczęśliwy jesteś? To teraz pokażę Ci Grubasie – jak ścigać się do końca”.Ruszyłem ostro pod górę, hol zesztywniał gwałtownie i zacząłem gonitwę za innymi. To tutaj zaczęła się jędrkowa mantra dnia –  Podpięty na 3 metrowy hol, krzyczał z tyłu – „Marek! Zwolnij, bo mnie zabijesz!” Mantrę tę w drodze do mety słyszałem wielokrotnie. Kilka team’ów z krótszego dystansu udało się wyprzedzić, ale moja wybitna próżność nie odpuszczała i rwałem do przodu w tym szaleńczym pościgu. Nie zwracałem uwagi na marudzenie Jędrka myśląc, że dramatyzuje będąc już w euforii po zrealizowaniu założonego przez siebie smoczego planu. Nie zwracałem uwagi na te lamenty, aż do ostatnich metrów …

foto: goswimrun.pl

…i  to wtedy właśnie „dotknąłem” Rockman’a… Tu na zwykłej szarej szutrowej drodze, gdzie chwilę wcześniej na karkołomnym zbiegu przypominającym najtrudniejsze tatrzańskie szlaki usłyszawszy ostatni raz – „Marek! Zwolnij, bo mnie zabijesz!” odpuściłem ściganie szwedzkiego mix’a, z którym „tasowaliśmy” się od kilku kilometrów. Odwróciłem się w truchcie, spojrzałem na Jędrka i dostrzegłem coś przerażającego i niesamowitego zarazem – on był zwyczajnie zmasakrowany! Kurcze spinały mu całe nogi, a on jednak biegł, napierał cały czas. Pomyślałem F*ck! Miał być „jeden organizm”, a ja go zwyczajnie zajechałem, przetargałem za sobą niczym oponę od traktora na leśnym dukcie, a on nadal trzyma się na nogach, mało tego – on biegnie! W tym momencie dotarły do moich uszu owacje z mety dla finiszujących Szwedów. Wzruszyłem się jak to zwykle mam na zawodach, kiedy w nozdrzach poczuję metę. Wyciągnąłem dłoń do Jędrka, żeby podziękować za wspólną walkę, ale on nie wyciągnął swojej, tylko wybełkotał coś, co przeraziło mnie jeszcze bardziej – „Jeszcze nie Maras, jeszcze za wcześnie, nie wiem czy dam radę, poczekajmy z tym do mety”. Kuźwa! Przecież zostało tylko dwieście może trzysta metrów lekko w dół, jak można nie dać rady? Ano można! Kiedy dało się z siebie wszystko, to nie wiesz co czeka cię za kolejnym zakrętem i niczego nie możesz być pewien.

goswimrun.pl polish swimrun team

foto: goswimrun.pl

Jędrek! Twardy gość z Ciebie jest, bo nie jeden zdeprymowany swoją słabością, zaciskającą się niczym pętla na szyi, przygnieciony gromiącym wzrokiem partnera, czy wiecznie naprężonym holem, którego nie możesz zluzować, zwyczajnie odpuściłby sobie aby wrócić do strefy komfortu. To właśnie jest „dotknięciem” Rockman’a – istota tego wyścigu – JA nie dotarłbym do mety, gdybyś TY nie dał z siebie wszystkiego, ani TY byś tego nie dokonał gdybym JA odpuścił. W Rockmanie liczy się tylko MY! Jeden bez drugiego nie znaczy nic. I to jest piękne. I wiesz co Grubasie? Maras płakał jak to pisał. Epicki wyścig!

Marek Szymczak

LEAVE A COMMENT